Większa czcionka | Mniejsza czcionka
Ja jszow do roboty, bo buw ponediłok,
Ja buw z boduna – w hołowi wse boliło.
Padaw biłyj snih, nawit win meni miszaw.
W hołowi take tworyłos, szczo ja wam by ne bażaw.
Duże słyzhały maszyny, tjażko jichaty po lodu.
Na oboczynu zanosyt na jakus otu bidu.
I mene zanesło wczora – w hołowi sydiw stakan,
Ja chotiw joho posłaty, ałe wsi zabuw słowa.
Ja wsju wodu wypyw w chati, nawit bihaw w mahazyn.
W seredyni wse horiło, bo badun mene paływ.
Minerałka buła swiża, trochy potuszyw pożar,
I otryżka pojawyłas, znaczyt ja szcze ne propaw.
Pryspiw:
Wże dochodżu do roboty
Trochy łehsze na duszi.
Tam woda powynna buty
U zełenomu widri.
Won żyhul jakyjs buksuje, może toże z buduna.
A skorisze wsoho słyzko – hołolodna cja zyma.
Djadko wpaw peredi mnoju, ja ne wynen, to win sam.
Duże skrywywsja, boliło, może nohu win złamaw.
Ałe nje, – pidwiwsja j dali win kudys sobi piszow.
Nu dywysja, czołowicze, ostorożno – hołolod.
Do roboty jszow ja piszky, bo z maszynoju bida.
Szczos scepłjenije buksuje, ta j benzynu wże katma.
Tak ne ljublju ponediłok, duże nenormalnyj deń.
No – robota je robota, chto zaminyt tam mene.
Pryspiw