Większa czcionka | Mniejsza czcionka
Zabuwajutsja liniji, zapachy, barwy i zwuky,
Słabne zir, hasne słuch i mynajetsja radist prosta.
Za swojeju duszeju prostjahnesz obłyczczja i ruky,
Ałe wysoko i nedosjażno wona widlita.
Załyszajetsja tilky wokzał na ostannim peroni,
Sira pina rozłuky kłuboczytsja puchne i – ot.
Wże wona roz’jidaje moji bezzachysni dołoni
I ohydnym sołodkym tepłom napowzaje na rot,
Załyszyłas ljubow, ałe kraszcze b jiji ne buło.
W prowincijnij posteli ja płakała doky stomyłas,
I brydływo rum’janyj buzok zahljadaw do wikna.
Pojizd riwno iszow i zakochani mljawo dywyłys,
Jak pid tiłom twojim zadychałas połycja brudna,
Zatychała, stychała banalna wokzalna wesna.
My pomrem ne w Paryżi, teper ja napewno ce znaju,
W prowincijnij posteli, szczo potom kyszyt i slizmy.
I twoho końjaku ne podast tobi żoden, ja znaju,
Niczyjim pociłunkom ne budemo wtiszeni my.
Pid mostom Mirabo ne rozijdutsja koła pitmy.
Nadto hirko my płakały i obrażały pryrodu,
Nadto sylno ljubyły kochanciw soromljaczy tym,
Nadto wirszi pysały poetiw zneważywszy zrodu.
Nam wony ne dozwoljat pomerty w Paryżi i wodu
Pid mostom Mirabo okilcjujut konwojem hustym.