Większa czcionka | Mniejsza czcionka
Ja baczu son, w jakomu ja czerez dekilka rokiw,
Ja takyj samyj jak buw i ne zminywsja ni trochy:
Ja j nadali pyszu i czytaju teksty choroszi,
I za nych ja zarobljaju wże wełyki hroszi...
Ja prodowżuju u wilnyj czas basketboł hraty,
M’jacz za m’jaczem u koszyk supernyka zakydaty,
I druzi, nawkoło mene wsi ti sami,
Chto buły ti j połyszałysja, wełyki i mali.
U mene wsi stari zwyczky: ja ne kurju cyharky,
Ne p’ju bahato, chiba szczo pid czas jakojis p’janky...
Ta zamist odjahu, szczo zwyk ja na bazari kupljaty,
Na meni wysjat jakis dorohi, firmowi szmaty;
Zamist marszrutky, jaka zazwyczaj mene kataje,
Do mene, realno modna taczka pid’jiżdżaje,
Nu niczo sobi, ce ż "Bentley", jołky-pałky,
Win że dorohyj, jak chołjera, i kosztuje szałeni babky...
Ja sidaju w cju taczku (wyjawljajetsja wona moja),
W nij temnoszkira sydyt krasunja, whadajte czyja?
I my tusujem u jakyjs nicznyj kłub widpoczywaty,
Każut win najserjozniszyj, i tam wesełe zaraz swjato...
Pryjiżdżajem, – Joj!, – ja wże niczomu ne dywujusja –
Cej kłub takoż mij, tam kupa druziw tusujetsja...
Korocze ja żywu, tworju, cwitu i procwitaju,
RAP czytaju, prikałujus, hroszi zarobljaju...
Pryspiw:
Ja czasto baczu son, odyn i toj samyj
W jakomu ja zdijsnyw, bahato mrij
Mriji i cili moji, dowpodoby meni,
Tomu ja dosjahaju jich ne tilky uwi sni.
Maksymalno pohudiły,
Minimalno pospały, dali pohnały,
"Na Chati Records" – ce mij łejbł, wy szo ne znały?!
Tam nam demo-zapys pacana jakohos pokazały,
Posłuchały – spodobałos, kontrakt pidpysały,
Domowyłys pro zjomku klipiw i pro zapys albomu,
Dały pacancziku hroszej, potusuwały dodomu...
A doma... Joj! (na wdych) Jaka w mene chata:
Kołony marmurowi, wełyki kimnaty.
Z odnoho boku Czorne more, z druhoho Karpatski hory,
Nu ne chata, jołky-pałky, a jakyjs kurort.
Widpoczyły po czut-czut, w basejni pokupałys,
Basejn takyj, szczo Szacki ozera pochowałys.
Szaszłyky posmażyły, pohamały, wyna popyły,
Na hru naszoji basketbolnoji komandy porułyły.
Czujetsja swyst orbitra, – i hru poczały:
Naszi szwydko trjulnikiw supernykam wsim nakydały,
Słemy połupyły, zachyst supernykiw porwały,
Wzdrjuczyły w 20 oczok, i w dusz potusuwały.
Potim jidem na koncert, – ja sohodni wystupaju,
Huljanka bude, mama ne żurysja! – obicjaju!
Wse same tak i widbuwałosja: kobity pyszczały,
Ruky do sceny tjahły, i odjah z sebe zrywały...
Ja wystupaw i uswidomljuwaw, szczo ljublju żyttja,
I meni do wpodoby wse, czym zajmajus ja.
Pryspiw
Mahnitofon poczaw hraty, ja prokynuwsja, pora wstawaty,
Soma hodyna – ranok, treba mutyty snidanok.
Ja piszow pomywsja, potim snidaty siw,
Rozmirkowuwaw szczodo swojich nicznych sniw:
Meni ne buło stromno czerez te, szczo to buw tilky son, –
Bo znaju: skoro w mene bude ne odyn miljon,
Wełyka jachta, prywatnyj litak, trochpowerchowa chata,
Cywilnyj chamer żowtoho koloru, hroszej bahato.
Ja pryjdu do sławy i wyznannja, widomym stanu,
Wid ljudej budu otrymuwaty podjaku i poszanu,
Hroszowi perekazy, z podarunkamy banderoli...
Ja wpewnenyj, szczo najkraszcze zmożu zihraty cju rol!
Pryspiw (2)